Najstarszym z opowiadań poświęconych zwierzętom jest niewątpliwie „Na ryby”. Jestem wędkarzem więc idea tego utworu zrodziła się w sposób naturalny. Obserwując coraz bardziej zanieczyszczone i przełowione wody śródlądowe, zastanawiałem się, gdzie jest granica ludzkiej bezmyślności. Nie dopatrzyłem się jej. Degradacja środowiska wodnego przebiega równie szybko, jak degradacja na lądzie. Może nawet jeszcze szybciej.

Pod koniec XX wieku byłem z rodziną na wakacjach na Kaszubach.  Wynajęliśmy lokal w pobliżu kilku jezior. Przez dwa tygodnie nie udało mi się złowić nawet jednej ryby. Od miejscowych wędkarzy dowiedziałem się, że kilka lat wcześniej jeziora te wydzierżawiła prywatna spółka. Wyłowili i sprzedali większość ryb. Nie zajmowali się zarybianiem, do którego byli zobowiązani umową, tylko wypychaniem swoich portfeli. Gdy zwinęli interes, pozostawili w jeziorze sieci, które miejscowi ludzie wyjęli z wody po kilku dniach. Tkwiły w nich zdechłe, częściowo gnijące już ryby. Tym oprawcom przyrody nie chciało się już nawet wyciągnąć na brzeg ostatniego połowu.

Moim opowiadaniem, choć podszytym humorem, chciałem zwrócić uwagę na poważny problem zanieczyszczenia wód i ich nadmierną eksploatację.